Andrzej Sikorowski

Zaprosili nas

Anna Treter
Andrzej Sikorowski
Andrzej Żurek
Marek Tomczyk
czyli krakowska grupa POD BUDĄ


"Jeść, pić, kochać"

Któż nie zanuci "Kap, kap, płyną łzy", "Ballady o ciotce Matyldzie", piosenki o wróżce z "Piwnej 7" albo tej o walizce, "Bluesa o starych sąsiadach", nie mówiąc o nowszych przebojach - "Jak kapitalizm to kapitalizm", "Tok szoł" czy pełna nostalgii, wzruszająca piosenka "Żal za Piotrem S."... "Piosenkami komentującymi codzienność" - jak Andrzej Sikorowski, lider grupy i autor jej repertuaru, określa twórczość Pod Budą - zespół bawi i wzrusza publiczność już ponad ćwierć wieku. Wierny swemu liryczno-refleksyjnemu stylowi, nie poddaje się estradowym modom i wcale nie traci przez to na popularności. Ma w swoim dorobku kilka płyt analogowych i kilkanaście kompaktowych, w tym dwie platynowe i cztery złote. "Podbudowe" piosenki wciąż zajmują czołowe miejsca na radiowych listach przebojów. Grupa stale jest w trasie. W ciągu roku daje około stu pięćdziesięciu koncertów, serdecznie przyjmowana przez swych fanów w kraju oraz wśród rodaków w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie, Australii, Niemczech, Belgii, Holandii.
Andrzej Sikorowski - absolwent polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego - piosenki pisze od dwudziestego roku życia. W ubiegłym roku obchodził pięćdziesiąte urodziny i trzydziestolecie pracy artystycznej. Współpracuje także z innymi wykonawcami, komponuje muzykę do filmów animowanych dla dzieci, ale przede wszystkim tworzy dla grupy Pod Budą, z którą związał się na początku lat siedemdziesiątych. Mało kto dziś pamięta, że istniał w Krakowie kabaret o tej nazwie, założony przez studentów Wyższej Szkoły Rolniczej. Andrzej Sikorowski współpracował z grupą muzyczną przy kabarecie, która po rozwiązaniu kabaretu w połowie lat siedemdziesiątych usamodzielniła się. W ciągu paru lat zespół znany dość wąskiemu gronu bywalców klubów studenckich stał się jedną z najpopularniejszych polskich grup. Razem dokonali licznych nagrań dla radia i telewizji oraz wydali wiele płyt. Lider grupy niezmiennie dba o to, aby pisane przez niego piosenki "były nie tylko do rymu, ale i do sensu". "Piszę i śpiewam o codzienności - charkateryzuje swoją twórczość - o najprostszych uczuciach, o tym, co mnie osobiście dotyczy, i o tym chcę mówić ludziom". Spotkania przy stole, radość biesiadowania do tej codzienności należą. I takie właśnie chwile Andrzej Sikorowski odnotował, jak zwykle na swój refleksyjny sposób, w jednej z piosenek z ostatnio wydanej płyty "Żal za...", którą śpiewa grupa Pod Budą:
(...)
Gdy dookoła puste słowa
i nowa bitwa wciąż u drzwi
to trzeba umieć uszanować
tę jedną chwilę która lśni
Więc ci dziękuję losie choćby tylko za to
że nie musiałem się urodzić pod wulkanem
że średni u nas klimat i przeciętne lato
ale dzieciaki są przeważnie roześmiane
i chociaż czasem przyfruwają szare dni
a przez mój ogród nie chce płynąć żyła złota
to przecież zawsze mogłem robić rzeczy trzy
jeść pić kochać


Okazji do spotkań przy stole jest mnóstwo, członków zespołu łączą bowiem nie tylko lata wspólnej pracy, ciągłe wyjazdy na koncerty, ale również więzy rodzinne i przyjacielskie. Mężem Anny Treter jest Jan Hnatowicz, który od początku pisał muzykę i grał w zespole na gitarze. Po odejściu z grupy współpracuje z nią jako kompozytor i aranżer. Jan Hnatowicz i żona Andrzeja Żurka są rodzeństwem. Trzy lata śpiewała z grupą Pod Budą Chariklia Sikorowska. Pan Andrzej poznał swą towarzyszkę życia jeszcze w kabarecie Pod Budą, w którym udzielała się urodziwa Greczynka, wówczas studentka Wyższej Szkoły Rolniczej. Estradę porzuciła, kiedy urodziła się Majka - obecnie studentka pierwszego roku Akademii Wychowania Fizycznego. Chariklia stworzyła rodzinie ciepły, zawsze gościnny dom i wcale nie zrezygnowała z artystycznych pasji - maluje ikony i ozdabia rysunkami kamienie.
Nie dość tego, że grupa Pod Budą jest zespołem prawie rodzinnym, to jeszcze od lat jej członkowie mieszkają niemal drzwi w drzwi. Kiedyś państwo Sikorowscy, Hnatowiczowie i Żurkowie byli sąsiadami w jednym bloku na krakowskim Podgórzu, teraz wszyscy członkowie zespołu pobudowali sobie domy na osiedlu w Rząsce - uroczym, zacisznym miejscu, położonym kilkanaście kilometrów od Krakowa. W pogodny dzień można stąd dojrzeć Tatry, a w bliższej perspektywie - stawy rybne Wyższej Szkoły Rolniczej. Z tarasu domu pani Anny, gdzie, korzystając z pięknej pogody, siedzimy sobie przy stole i gawędzimy, widać róg domu i ogród państwa Sikorowskich, przez który wprawdzie "nie chce płynąć żyła złota", ale za to jest tam urządzony przez gospodarza stawek ze złotymi rybkami, jakoś szczęśliwie nie niepokojonymi przez liczne osiedlowe koty, a na dokupionym obok skrawku ziemi pani Chariklia hoduje warzywa i zioła. Ze skarpy zasiedlonej przez Hnatowiczów i Sikorowskich widać jak na dłoni położone w dole tarasowo zabudowanego osiedla domy państwa Żurków i Tomczyków. Mieszkając w tak bliskim sąsiedztwie, zaprzyjaźnione i skoligacone rodziny obchodzą wspólnie imieniny, urodziny, rocznice ślubów, a że "podbudowe" grono ma naturę biesiadników - lubi dobre towarzystwo, dobre jedzenie i takież trunki - spotyka się również od czasu do czasu przy stole bez żadnej szczególnej okazji.

Bale Bliźniąt

- Oprócz spotkań zwyczajnych ustaliło się w naszej tradycji całkiem sporo biesiad niezwykłych, dorocznych, na które specjalnie się szykujemy - opowiada pani Anna. - Zaczynamy pierwszego stycznia urodzinami Karoliny Żurkówny. Nie każdy ma szczęście przyjść na świat w Nowy Rok, więc wieść o narodzinach córki Andrzeja uczciliśmy ponad dwadzieścia lat temu wielką radosną fetą i powtarzamy ją rok w rok. Karolina jest już dorosła, często sylwestra spędza poza domem we własnym gronie przyjaciół, ale nam nieobecność jubilatki wcale nie przeszkadza. Wciąż spotykamy się pod pretekstem uczczenia rocznicy jej urodzin i bawimy się doskonale. Czekamy i cieszymy się na tę ucztę nawet bardziej niż na sylwestra. - Następne w kalendarzu dorocznych imprez - wylicza pani Anna - są dwa "spotkania bliźniacze". I ja, i mąż jesteśmy spod znaku Bliźniąt, a także Chariklia i jeszcze kilku przyjaciół. Pierwsze spotkanie Bliźniąt odbywa się zawsze na naszym tarasie, a że jest to początek czerwca, inaugurujemy nim jednocześnie sezon grillowy. Mąż, który nie garnie się do kulinarnych zajęć, potrafi jednak usmażyć wspaniałą jajecznicę i tak opiekać mięso na grillu, że nie robi się z niego podeszwa, jest chrupiące i soczyste. On zatem podczas biesiady pełni funkcję mistrza ceremonii, a ja wcześniej marynuję mięsa i przygotowuję jakieś fajne dodatki.
Świetnie nadają się do grillowania karczki wieprzowe, które pani Anna najpierw lekko rozbija i nakłuwa w kilku miejscach (dzięki temu mięso lepiej nasiąka marynatą, jest bardziej kruche i smaczniejsze), a następnie układa ciasno w garnku, przesypując ziołami i polewając oliwą. Zawsze coś zmienia w składzie mieszanki ziołowej, więc za każdym razem mięso nieco inaczej smakuje. Komponuje też kilka marynat do piersi kurzych. Są i na słodko, zaprawione na przykład sherry, i pikantne, z dużą ilością czosnku, ziołowe albo z aromatycznymi przyprawami korzennymi.
Oprócz różnych sałatek do mięsa z grilla nasza gospodyni podaje tzatzyki. Specjał rodem z Grecji - gdzie członkowie grupy Pod Budą od lat spędzają przynajmniej część wakacji, i chociaż wyjeżdżają osobno, dziwnym trafem zawsze się gdzieś spotykają. Tzatzyki tak się przyjęły w całym "podbudowym" gronie, że żadne grillowanie nie może się bez nich obyć. Oryginalny jogurt grecki, o specyficznej, bardzo gęstej konsystencji, pani Anna zastępuje jogurtem naturalnym Bakomy zmieszanym z serkiem homogenizowanym, dodaje trochę oliwy, zmiażdżony czosnek, starty i odciśnięty z soku świeży ogórek, posiekany koperek, sól oraz pieprz. Przy tak smakowicie zastawionym stole towarzystwo biesiaduje zazwyczaj do białego rana.
- A wkrótce potem odbywają się poprawiny - gospodyni dopełnia obrazu tradycji bliźniaczych spotkań. - Co roku jedziemy całą ekipą na Mazury do Krzyży, gdzie nasi przyjaciele, Kasia i Waldek Witkowscy, mają letni dom. Te spotkania należałoby raczej nazwać balami Bliźniąt, ponieważ oprócz znakomitego jedzenia w programie są zawsze tańce.
- I prawie zawsze śpiewy - dodaje Andrzej Sikorowski. - Wydawać by się mogło, że takie towarzystwo jak nasze dość się już naśpiewało, a jednak zawsze w którymś momencie sięgamy po gitary. Biesiadne śpiewanie ma oczywiście inną formę niż to na scenie. Repertuar stanowią piosenki popularne, znane z radia i telewizji. Podtrzymujemy ową tradycję od czasów studenckich, kiedy koledzy byli w kabarecie Pod Budą, a ja do nich dochodziłem. Spotykaliśmy się po spektaklach kabaretowych, gawędzili, żartowali przy wódeczce lub piwie, i w pewnej chwili przychodziła ochota do pośpiewania. Mówi się, że stół integruje, i to samo można powiedzieć o wspólnym śpiewaniu, co obserwuję podczas naszych kolejnych dorocznych biesiad - "przy baranie".
- Organizują je nasi nieocenieni przyjaciele, Ania i Zbyszek Franczakowie - opowiada pani Anna. - Spotykamy się zazwyczaj późną jesienią w Zakopanem. W ciągu wielu lat impreza bardzo się rozrosła. Zespół plus całe otoczenie rodzinno-przyjacielskie stanowi dzisiaj grono kilkudziesięciu osób. Towarzystwo zjeżdża się z całej Polski i balujemy dwa dni. Wszyscy starają się przygotować coś na ucztę duchową. Gospodarz opracowuje specjalny repertuar na akordeon, na którym na co dzień nie gra, dzieci przybyłych prezentują własne piosenki. Dobrze czują się w takiej atmosferze nie tylko koledzy zajmujący się estradą czy muzykujący, ale także znajomi, którzy z muzyką nie mają nic wspólnego.

Baran a wegetarianizm

- Baran przybywa już upieczony i poćwiartowany. Nasz gospodarz wybiera go ze znawstwem, odpowiednio wcześniej marynuje i przyrządza naprawdę znakomicie. Przywozi także fantastyczny wiejski chleb - wielki okrągły bochen upieczony na liściach kapusty - oraz wiejskie wędliny - Andrzej Żurek opisuje atrakcje kulinarne. - Reszta menu jest zawsze wielką niewiadomą, ponieważ te spotkania mają trochę piknikowy charakter. Każda z uczestniczących w biesiadzie pań ma wolną rękę i przygotowuje własne specjały. Na stole pojawiają się przeróżne sałatki, kapusta zasmażana, rozmaite mięsa i ciasta. Jestem ciekawa, czy Andrzejowi Sikorowskiemu, o którym przeczytałam, że praktykuje dietę wegetariańską, nie żal tylko patrzeć na smakowitego barana.
- Ja wcale nie patrzę, ale jem z apetytem. Nie jestem konsekwentnym wegetarianinem - prostuje. - Staram się unikać potraw, które nie służą memu zdrowiu. Ponieważ mam skłonność do podwyższonego cholesterolu, nie powinienem jeść tłustego mięsa, ale to nie znaczy, że kiedy na stole jest coś dobrego, nie robię wyjątku. A zwłaszcza dla baraniny, którą smakuję od ponad dwudziestu lat, odkąd związałem się z kobietą z Grecji. Kocham grecką kuchnię. Podczas wakacji w rodzinnym kraju żony zajadam się wręcz kalmarami. Niestety, jako jedyne żyjątka morskie mają bardzo dużo cholesterolu, ale ja je uwielbiam i nie potrafię się powstrzymać.
Chociaż nasi gospodarze od lat spotykają się niemal w tym samym gronie, to jednak menu jest wciąż urozmaicane.
- Nasze żony - podkreśla Andrzej Żurek - mają prawdziwy dar do gotowania i wystarczająco dużo wyobraźni oraz serca, by za każdym razem przyrządzić coś nowego albo odmienić smak znanych już towarzystwu potraw.

Ryba na talerzu i na... haczyku

- Każdy z domów ma naturalnie swoje specjalności - włącza się pani Anna - i odwiedzając się, zawsze oprócz niespodzianek możemy liczyć na którąś z ulubionych potraw gospodyni. Ja na przykład często przygotowuję sałatkę z paluszków krabowych, którą goście bardzo polubili. Do pokrojonych paluszków dodaję gałązkę selera naciowego oraz posiekaną szalotkę i zalewam jogurtem zmieszanym z łyżką majonezu, doprawionym solą, pieprzem oraz odrobiną cukru. Seler naciowy jest w tej kompozycji ważny, ponieważ zaostrza smak sałatki.
Domowa kuchnia pani Anny jest dość prosta, oparta na chudym mięsie, warzywach i rybach. Ze Stanów Zjednoczonych, gdzie mieszkała dwa lata i gdzie po raz pierwszy zetknęła się z kuchnią chińską, przywiozła pomysł na potrawy, których podstawę stanowią smażone warzywa. - To są szybkie i pyszne dania - poleca - pod warunkiem że przyrządzi się je tuż przed podaniem. Obsmażam na oleju cebulę, marchew, brokuły, paprykę, fasolkę szparagową i łączę z krótko marynowanym mięsem. Raz jest to ryba, innym razem drób albo polędwica wołowa. Można dowolnie dobierać warzywa, na różne sposoby przyprawiać marynaty i zawsze potrawa ma inny smak. Podaję ją z ryżem albo z makaronem sojowym.
Wokalistka grupy Pod Budą lubi ryby nie tylko na talerzu, ale i na... haczyku. Ma rzadkie wśród kobiet hobby - wędkuje. Bywa, że wśród wędkarzy na jeziorze jest jedyną kobietą. Początki były trudne, ponieważ wzdragała się przed dotknięciem robaka.
- Najpierw w nakładaniu przynęty wyręczał mnie mąż, ale w końcu się zbuntował - opowiada - bo ja wyciągałam rybę za rybą, a on nie miał nawet czasu zarzucić wędki. Próbowałam więc sama brać rosówki przez listek albo papier toaletowy, jednak w końcu zrobiło mi się wstyd i przełamałam opór. Uwielbiam tę chwilę, kiedy wczesnym rankiem wypływam na jezioro, patrzę, jak podnosi się mgła, dzikie kaczki wzbijają się do lotu, wschodzi słońce. Ważniejszy od samego łowienia jest dla mnie rytuał siedzenia w łódce i oczekiwanie, aż spławik się poruszy.

Greckie smaki

W domu państwa Sikorowskich gotuje się i smaży wyłącznie na oliwie. Nawet jajecznicę, która podobno nie ustępuje smakiem usmażonej na maśle.
- Żona łączy w swojej kuchni obie tradycje kulinarne - mówi pan Andrzej. - Świetnie gotuje polskie zupy, lepi pierogi, robi gołąbki, ale przyrządza też wiele greckich specjałów, spośród których niezmiennym powodzeniem w naszym towarzystwie cieszy się pita. W Grecji potrawa ta stanowi rodzaj szybkiej, pożywnej przekąski. W większych miastach można ją kupić niemal na każdym rogu. Mogę powiedzieć, jak robi pitę moja żona: klasyczne ciasto zagniecione z mąki i jajek rozwałkowuje na dwa bardzo cienkie placki, przekłada je farszem, układa w wysmarowanej tłuszczem formie i zapieka w piekarniku, do momentu aż wierzchni płat ciasta będzie przypominał naszą karpatkę. Farsze mogą być przeróżne, od słodkich do bardzo pikantnych. Chariklia często przyrządza pitę najbardziej popularną, składającą się z fety wymieszanej z zeszkloną na tłuszczu cebulą, doprawioną czosnkiem. Lubimy również pitę ze szpinakiem albo z jajkiem. Potrawę kroi się w kwadraty i podaje na gorąco, ale na zimno też jest smaczna. Innym daniem, którym zajadają się nasi znajomi, jest bardzo prosta sałatka z ugotowanej na sypko kaszy perłowej, obficie przyprawiona czosnkiem oraz natką pietruszki i skropiona oliwą. Nie pamiętam już, kto z przyjaciół przywiózł ten pomysł z wakacji. Na pewno nie jest to grecka potrawa, pochodzi chyba z północnej Afryki.
Nieczęsto się zdarza, aby mężczyzna, który nie przejawia żadnych ciągot do gotowania, a do takich zalicza siebie lider grupy Pod Budą, potrafił tak szczegółowo podać receptury żoninych dań.
- Może mam ukryty talent kulinarny - zastanawia się pan Andrzej - który nie ujawnił się dlatego, że nigdy nie musiałem gotować. Ale lubię jeść i chyba natura obdarzyła mnie wrażliwym podniebieniem, bo żona często, kończąc obiad, prosi, żebym spróbował i podpowiedział, czego potrawie brakuje. Zazwyczaj moje propozycje doprawienia dań okazują się trafne. Nie czuję w sobie jednak takiej pasji jak niektórzy panowie, którzy zakładają fartuch, wyganiają wszystkich z kuchni i oddają się twórczości kulinarnej. Szczerze ich podziwiam, to są mistrzowie cierpliwości. Mam takiego kolegę, który do rosołu robi kluseczki z kurzej wątróbki. Gdy nas kiedyś zaprosił, miał w misce sześćet maleńkich, własnoręcznie ulepionych kluseczek.

Ostrygi w boczku

Spośród męskiego składu zespołu Pod Budą do kucharzenia przyznaje się tylko Andrzej Żurek, ale nie rywalizuje z żoną w kuchni. Często wspólnie opracowują nowe dania, którymi chcą ugościć znajomych. Ostatnio pan Andrzej wyspecjalizował się w przyrządzaniu łososia z rusztu w taki sposób, że nie przywiera do metalowej kratki. Próbował też odtworzyć smak tatara z łososia, jakim uraczył zespół przyjaciel z Vancouver podczas tournée po Kanadzie.
- To było coś nadzwyczajnego - wspomina z rozmarzeniem - ale niestety nie do powtórzenia w polskich warunkach, nasz gospodarz przyrządził bowiem tatara ze świeżutko złowionego łososia królewskiego. Ten najszlachetniejszy gatunek łososia wolno łowić jedynie kilkanaście dni w roku. Nigdy nie wiadomo, kiedy miejscowe władze zezwolą na połów, więc kiedy zbliża się sezon, zawodowi rybacy czekają nieraz całymi dniami w pełnej gotowości na specjalny sygnał dźwiękowy, obwieszczający, że można wypłynąć na łowiska. Byliśmy na wyspie Vancouver późną jesienią i mieliśmy szczęście trafić akurat na ten moment.
Artystyczne podróże po świecie są dla zespołu zawsze pełne wzruszeń. Bywa, że rodacy mieszkający z dala od ojczyzny przepłaczą cały koncert grupy Pod Budą, a wielu z nich śpiewa razem z zespołem piosenkę za piosenką. Artyści często mieszkają w prywatnych domach i gospodarze starają się ugościć ich jak najserdeczniej. Tysiące kilometrów od kraju jedli wspaniałe rolady ze śląskimi kluskami, pierogi i gołąbki, ale także steki z marlina, kraby zapiekane z makaronem pod beszamelem, wielkie krewetki usmażone w skorupie na patelni i podane z pysznym sosem albo dojrzałe w australijskim słońcu awokado - rozsmarowane po prostu na kromce chleba jak masło i przyprawione odrobiną soli oraz pieprzu - ma niepowtarzalny smak, zupełnie inny niż awokado kupowane w naszych sklepach.
- Podczas pobytu w Seattle gospodarze zaprosili nas do położonej kilkanaście kilometrów na północ wioski, gdzie osiedliło się wielu artystów - Andrzej Żurek przywołuje jedno z najciekawszych doznań kulinarnych. - Miejscowa ludność utrzymuje się z połowów morskich, uprawy kukurydzy i sadów owocowych oraz hodowli ostryg. Tam właśnie poczęstowano nas obiadem, na który składały się owinięte w plasterki boczku i usmażone na patelni ostrygi, ugotowane kolby najlepszej na świecie słodkiej kukurydzy oraz świeżo wyciśnięty sok z jabłek. Rok wcześniej byliśmy we Frankfurcie w restauracji specjalizującej się w daniach z owoców morza. Wśród wielu pyszności główną atrakcję stanowiły ostrygi. Klasycznie podane na surowo, z sokiem z cytryny. Wtedy wydawało nam się, że jest to szczyt smaku.
- Bardzo żałuję, że nie ma w Polsce sieci takich restauracji jak "Mandaryn" w Kanadzie - przyłącza się do wspomnień Andrzej Sikorowski. - Zasada ich funkcjonowania polega na tym, że przy wejściu płaci się wadium, a potem można umrzeć z obżarstwa. Są tam nie kończące się lady z jedzeniem. Kiedy człowiek już siedem razy napełni talerz owocami morza, to okazuje się, że w następnej sali stoi gość i ma na stoisku dziesiątki grillowanych mięs, a do tego niesamowity wybór sałatek i sosów. Już uchodzi z ciebie powietrze, a tu jeszcze została cała lada deserów do spróbowania. Oczywiście trochę przerysowuję ten obraz, ale dla smakoszy jest to naprawdę bardzo ciekawe doświadczenie. Rozkładając rozsądnie siły, można popróbować mnóstwa smacznych potraw. I nie jest to wcale sieć ekskluzywnych lokali. Wstęp w przeliczeniu na złotówki kosztuje nawet nieco mniej niż przyzwoity obiad u nas w restauracji.

Nowojorskie bajgle

- Ostatnio wracaliśmy bardzo głodni po koncercie - to się często zdarza, bo występ kończymy zazwyczaj późno w nocy, kiedy lokale są już pozamykane, i wspominaliśmy nowojorskie bajgle - pani Anna dorzuca jeszcze jeden kamyczek do mozaiki kulinarnych atrakcji poznanych podczas podróży po świecie. - W barze obok hotelu, w którym mieszkaliśmy, podawano najróżniejsze rodzaje bułek, kształtem przypominających nasze bajgle: pszenne, razowe, z ciasta podobnego do pumpernikla, przyprawione czosnkiem albo cebulą, z ziarnami, posypane makiem, słodkie... Wybierało się rodzaj bułki, czym ma być posmarowana i przełożona, a możliwości było chyba ze sto - od ryb i serów, przez kotlety, wędliny, sałatki, pasty pikantne, słodkie... Można tam jadać śniadania tygodniami i nie powtórzyć kompozycji kanapki. - Według mnie to jednak polska kuchnia jest najlepsza na świecie - Marek Tomczyk sprowadza naszą rozmowę na rodzimy grunt. - Lubię popróbować osobliwych smaków, ale zawsze w końcu tęsknię za pieczenią wieprzową teściowej - taką tradycyjną, upieczoną w piekarniku, z esencjonalnym, podbitym śmietaną sosem. Albo polskie wędliny! Są naprawdę najlepsze na świecie. No, może przebija je kilka regionalnych specjałów, jak węgierskie salami czy szynka parmeńska.
- A gołąbki z farszem z różnych gatunków mięs przemielonych z dodatkiem wędzonki... - Andrzej Żurek przełyka ślinę. - To jest wręcz polski patent. Poza domami naszych emigrantów nigdzie czegoś podobnego nie spotkaliśmy... Jak moja mama zrobi sznycel cielęcy z młodymi ziemniakami i młodą kapustą, to żadne rarytasy nie mogą się z nim równać.
- A jakież pyszne są śląskie krupnioki i do nich kufel piwa - Andrzej Sikorowski dodaje swoje ulubione smaki. - I tak nie po raz pierwszy okazuje się, że im więcej mamy okazji do popróbowania specjałów innych kuchni, tym bardziej doceniamy naszą własną tradycję kulinarną. Zwłaszcza w domowym wydaniu mam, żon, teściowych.

Jajka z żagielkiem i "brzdąc"

- Nie wszyscy pochodzimy z Krakowa, więc często podczas koncertowych podróży po kraju - pani Anna uzupełnia ten wątek rozmowy - zaglądaliśmy chociaż na chwilę do naszych rodzinnych domów, gdzie zawsze coś specjalnego czekało na nas na stole. W Kielcach u mojej mamy były zazwyczaj jajka z żagielkiem, czyli jajka faszerowane, ozdobione kwadracikiem sera żółtego nakłutego na wykałaczkę jak żagiel na maszcie. "Jajka z żagielkiem" są w naszych rozmowach po dziś dzień synonimem pracochłonnej potrawy. W Brzesku mogliśmy liczyć na fantastyczne kremówki pani Żurkowej i którąś z jej pysznych nalewek, a u mamy męża na genialne pierogi ruskie.
Na polską gastronomię natomiast nasi gospodarze mają specyficzne spojrzenie. Oceniają ją przede wszystkim poprzez doświadczenia ludzi "z trasy", jak określają siebie estradowcy podróżujący z koncertami po kraju. Nie zbaczając z drogi, chcą zjeść szybko, smacznie i często wcześnie rano.
- I okazuje się, że największym u nas problemem jest znalezienie miejsca, gdzie o ósmej można zjeść jajecznicę - dzieli się wieloletnimi obserwacjami pani Anna. - Restauracje są o tej porze zamknięte, a przydrożne bary i bistra oferują na śniadanie bigos, flaki, smażoną kiełbasę. Na przykład na trasie z Gdańska do Krakowa na jajecznicę można liczyć co dwieście kilometrów.
- Po ponad dwudziestu latach podróżowania po Polsce możemy powiedzieć z przekonaniem, że zdecydowanie lepiej jada się na zachód od Wisły, najlepiej w Wielkopolsce i na Śląsku - ocenia lider grupy. - Wiemy, że raczej nie popełnimy błędu, wstępując do mizernie wyglądającej knajpy GS-owskiej - tam wciąż jeszcze gotują po domowemu wiejskie gospodynie. I polecamy wszystkim lody w Białobrzegach.
- Bywa, że słuchacze robią nam niespodzianki - Andrzej Żurek wspomina najmilszą stronę życia "w trasie". - Dawniej bardzo często grywaliśmy w Poznaniu. Jesteśmy tam zaprzyjaźnieni z wieloma bywalcami naszych koncertów. Któregoś razu, następnego dnia po występie, wyjeżdżaliśmy świtem, chyba do Gdańska. Na dworcu przywitała nas ekipa z prowiantem - pełnym koszem świeżutkich kanapek, owoców, jakichś słodyczy, wody mineralnej.
- A ja zawsze mogę liczyć w tamtych stronach na "brzdące" - dodaje pani Anna. - To są ciastka, które spotyka się tylko w Poznaniu: dwie cieniutkie warstwy bardzo lekkiego biszkoptu, przełożone śmietaną ubitą z czekoladą, chyba z dodatkiem żelatyny. Bardzo miękkie, rozpływające się w ustach - pyszne. Witek Młodziejowski, przyjaciel i wielki fan zespołu, wiedząc, że jestem wielbicielką "brzdąców", przywozi mi je na koncerty, a przyjeżdża na każdy nasz występ w promieniu stu pięćdziesięciu kilometrów od Poznania.
Gawędzimy już cztery godziny, pora się żegnać z przemiłymi, serdecznymi gospodarzami. Pani Anna obdarowuje nas na drogę owocami i ciastem. Wracając z Rząski, myślę sobie, jak wiele sensów i zdarzeń kryje się za tymi trzema słowami: jeść, pić, kochać. Tylko "trzeba umieć uszanować tę jedną chwilę, która lśni".

Halina Mamok

- Kuchnia - Zaprosili nas

  w górę