Andrzej Sikorowski

Radio Rzeszów: Witam Cię bardzo serdecznie w Radiu Rzeszów

Andrzej Sikorowski: Witam również...

RR: Jesteś tu po raz pierwszy...

AS: to prawda...

RR: ... a zatem będę Cię męczyć pytaniami, na temat Twojej osoby...

AS: jestem przygotowany.

RR: A zatem zacznijmy od początku: To było dość dawno temu, bo chyba ponad dwadzieścia parę lat, prawda? Kiedy zacząłeś śpiewać, kiedy wziąłeś gitarę do ręki...

AS: Ja powinienem mieć taką malutką taśmę przygotowaną, i tam powinny być nagrane początki, bo wygłaszanie tych formuł jest męczące... Ale skoro tak, to zaczęło się bardzo dawno temu - ja uważam, że data mojego pierwszego, powiedzmy sobie solowego występu publicznego - to znaczy przed publicznością, przed mikrofonem, to jest rok 1969, jakiś turniej uczelniany w UJ (studiowałem filologię polską). Ja na tym turnieju wyszedłem i zaśpiewałem takie swoje bardzo wczesne pioseneczki z gitarą. W Teatrze Groteska to się odbywało w Krakowie i zostało dość ciepło przyjęte przez publiczność i było jakby takim może pierwszym sygnałem, że to co zacząłem robić kiedyś dawno temu, jeszcze w zaciszu domowym, ma jakiś sens. Bo ja w ogóle tymi swoimi piosenkami się zająłem dość późno, nie mogę powiedzieć, że jak byłem małym dziecięciem to pisałem...

RR: Wszyscy tak mówią, że śpiewali... może nie że pisali, ale śpiewali...

AS: Oczywiście tak, bo z gitarą zacząłem mając chyba lat naście (dwanaście czy trzynaście miałem pierwszą gitarę), ale to nie wychodziło poza krąg rodziny, znajomych, jakiegoś ogniska na wakacjach... Więc jeżeli przyjmę, że 69 rok to był mój pierwszy taki występ publiczny, to mogę powiedzieć, że w tym roku obchodzę moje 25 lecie spotykania się z publicznością w przeróżnych formach - głównie na estradzie. I to jest moment, w którym zacząłem te swoje piosenki pokazywać światu, bo one wcześniej oglądały szufladę, albo po prostu słuchali ich moi najbliżsi, znajomi czy moja rodzina. To pierwsze pisanie było - rzecz jasna - bardzo takie stereotypowe... Lata sześćdziesiąte wywoływały taki sam oddźwięk w Polsce jak w innych krajach na świecie, to znaczy to było po Woodstock i myśmy wszyscy mieli taką skłonność, że albo pisać o jakiejś zawiedzionej miłości, albo pisać protest songi, żeby niepotrzebnie nie ginęli ludzie na zbędnych wojnach, itd... I mnie się takie piosenki przydarzyły. Pamiętam, że chyba pierwszą taką moją świadomą piosenką, była piosenka "Gdzie żołnierza idą?", z retorycznym dość pytaniem po co mają iść i tracić życie, w jakiejś sprawie która nie jest wcale ich? Natomiast rok później, odbył się Festiwal Studencki w Krakowie, Ogólnopolski Festiwal Piosenki i Piosenkarzy Studenckich, bo wtedy to się odbywało w dwóch kategoriach. Ja wystartowałem w kategorii autorskiej i dostałem I nagrodę za piosenkę "Nowy Rok", którą tam wyśpiewałem, i zupełnie przypadkowo się to zdarzyło, że w tym 1970 w grudniu - a w grudniu właśnie odbywał się festiwal - padły strzały w Stoczni Gdańskiej i moja piosenka "Nowy Rok się przecież zbliża, nowe niesie kalendarze", była przyjęta jako rodzaj piosenki proroczej, która wyśpiewała jakby nowe rzeczy w tym Kraju, czy zmiany jakie zaszły, przy czym była napisana znacznie wcześniej i ja nie miałem zielonego pojęcia... to był zbieg przypadków, że tak się zdarzyło, i nie miałem żadnych wieszczych zapędów... Ale ta piosenka natychmiast została obłożona zakazem propagowania jej, bo po prostu była taka jakby nie bardzo po myśli... Chociaż jak mówię zdziałał to przypadek, i ja nie należę do twórców którzy mogą powiedzieć, że w swoim życiorysie mają zapisaną piękną kartę walki z caratem, ponieważ moje piosenki niespecjalnie walczyły z caratem, i moja taka przygoda z piosenką zaczęła się tak "na poważnie" od tego festiwalu krakowskiego...


PIOSENKA LIST DO ŚWIATA


AS: Potem przyszły propozycje z radia i telewizji. Głównie z takiego programu który najpierw był radiowy a potem telewizyjny. To się nazywało "Spotkanie z balladą". Zaczęło się w studiu radiowym w Krakowie, a w zasadzie była to transmisja radiowa z klubu studenckiego "Żaczek". Przerodziło się potem w audycje telewizyjne, które zrobiły się w pewnym momencie, w siedemdziesiątych latach popularne, nawet dostały chyba "Złoty ekran" po którejś tam edycji. To były te słynne "Spotkania z balladą" prowadzone przez Jurka Stuhra i Sobczuka i było to program naprawdę bardzo oglądany, potem zszedł na psy zupełnie... Ja w tych audycjach pojawiałem się bardzo regularnie, mając tam do odrobienia taką jakby swoją działkę, tzn. miałem do napisanie piosenkę na określony temat, którego dotyczyła ta "Ballada". Cóż, w między czasie skończyłem studia, zacząłem nawet półetatową pracę w Ośrodku Telewizyjnym w Krakowie w Redakcji Rozrywki, która to praca szczerze mówiąc nie specjalnie mnie pasjonowała, bo tak naprawdę to mnie pasjonowało śpiewanie. W momencie w którym trafiłem do Kabaretu "Pod Budą", bo to był kolejny etap i taki "kamień milowy" mojego całego śpiewania - to był rok 1976. Trafiłem tam dość przypadkowo, po prostu przyszedłem na zastępstwo za dziewczynę która tam śpiewała a pojechała na wakacje. Ówczesny szef, czy też filar tego kabaretu Bohdan Smoleń - obecna gwiazda kabaretowa z innych rejonów Polski, bo z Poznania, poprosił mnie, żebym tam zaśpiewał kilka piosenek za tę kobietę... Zrządzeniem Opatrzności tak się złożyło, że ona potem wróciła z wakacji, wróciła do kabaretu, ale ja nie opuściłem tego kabaretu...
Ona została moją żoną, a ja zostałem z kabaretem. Tam się zdarzyło coś takiego, że istniejąca już wtedy przy kabarecie "Pod Budą" grupa muzyczna której przewodził Janek Hnatowicz - gitarzysta i kompozytor, jakoś znalazła wspólny język ze mną, który tam wniosłem swoje piosenki i fuzja tych dwóch ludzi głównie: Hnatowicza i mnie, poparta jeszcze brzmieniem żeńskich wokali tej grupy, brzmieniem skrzypiec, gitary basowej które tam już były, spowodowały po prostu, że narodził się zespół muzyczny, który został zauważony. Ostatnia kabaretowa premiera, na dobrą sprawę przeszła bez specjalnego echa, natomiast wszyscy zgodnie podkreślali, że grupa muzyczna tego kabaretu, to jest rzecz warta jakiejś uwagi. W 1977 roku dostaliśmy nagrodę na Famie - jakby właśnie na potwierdzenie moich słów - zostaliśmy przez fachowców dostrzeżeni, i rozpoczęła się samodzielna działalność czegoś, co się nazywa do dziś dnia zespół, czy grupa "Pod Budą"...


BARDZO SMUTNA PIOSENKA RETRO


AS: Rozpoczęliśmy wędrówkę po Polsce. Głównie były to kluby studenckie, bo w tym środowisku czuliśmy się najmocniej, i w tym środowisku - że tak powiem - najbardziej nas hołubiono, kupowano czy tam nawet wielbiono... Aż tu w rok później, czyli w 1978 roku, nasza piosenka "Blues o starych sąsiadach" znalazła się w plebiscycie "Studia gama" i tam dostała w głosowaniu rozgłośni - nie pamiętam już w którym miesiącu - III nagrodę. Nabrało to już takiego formatu ogólnopolskiego, chociaż ledwie dopiero zaczepionego o program I Polskiego Radia. Program I Polskiego Radia ma to do siebie, że nadaje okropnym pasmem. Jednak jest to program słuchany, i powiedzmy sobie szczerze, że nie można nie docenić lansującej roli tego programu. Więc gdy w następnym roku nasza piosenka "Bardzo smutna piosenka retro" dostała II miejsce w kwietniowym plebiscycie tej "Gamy", to trafiliśmy za sprawą regulaminu Festiwalu Opolskiego, który pierwsze i drugie miejsce danego miesiąca premiował udziałem w koncercie, trafiliśmy za sprawą tej piosenki do Opola. Dostaliśmy tam wyróżnienie i powiedzmy sobie szczerze, że wtedy już jakby - można powiedzieć - Polska o nas usłyszała...

RR: Przeszliście na zawodowstwo...

AS: Przeszliśmy na zawodowstwo, bo myśmy w między czasie zdążyli zdać jakieś tam egzaminy ministerialne, które dawały uprawnienia piosenkarskie, ale przede wszystkim udało nam się wylansować piosenkę, wylansować przebój, a to jest podejrzewam wszędzie, na całym świecie rzecz która jest kluczem do czegoś takiego jak działalność na szerszą skalę... I rzeczywiście - "Pod Budą" zaczęło być zespołem który coraz więcej ludzi chciało zobaczyć. Początkowo - mam świadomość - większość chciała zobaczyć nas czy też usłyszeć tę jedną piosenkę którą znali, i którą wtedy grały wszystkie knajpy w Polsce. Bo "Kap, kap, płyną łzy" było szlagwortem który się wbił ludziom w pamięć. Za nimi poszły piosenki pt. "O la ri ja" czy "Przy niedzieli zabawa" które też tam punktowały na tej liście "Gamy", no i tak rozpoczął samodzielny żywot estradowy zespół, który trwa do dzisiejszego dnia, który w między czasie zdążył wystąpić tu i ówdzie - za granicą również - , dostać jeszcze jakieś nagrody, nagrać ileś płyt, ileś kaset... Przy czym tu nie chcę rozwijać tego tematu uważając, że człowiek który zajmuje się zawodowo działalnością estradową, po prostu musi to robić i to nie jest nic specjalnego, godnego podkreślania, bo jeżeli się jest na estradzie, to się musi nagrać następną płytę, musi być w radiu i w telewizji, i musi pojechać za granicę... To jest rzecz jakby nierozłącznie związana z tym zawodem i to jest rodzaj pewnej rutyny nawet, dlatego ja nie uważam, że jest to jakieś osiągnięcie. Jeżeli działamy już 17 lat, i powiem, że byliśmy w paru krajach, no to ktoś może wzruszyć ramionami i powiedzieć: no dobrze, bo tak miało być...

RR: No niekoniecznie... Jesteście lepsi od innych którzy nie byli... Działacie dość długo jednak...

AS: Tylko wiesz, ja bym chciał jedną rzecz podkreślić, sądzę, że to się niedługo zweryfikuje... Parę lat temu, czy kilkanaście lat temu, fakt wyjazdu zagranicznego na przykład do Ameryki, to była nobilitacja, to było coś czego mogli tylko nieliczni dostąpić. Nie mieliśmy zielonego pojęcia, że wyjeżdżają wcale nie najlepsi, tylko tacy którzy na przykład mają układ w PAGARCIE, albo ci, o których tam coś gdzieś nagle głośno powiedziało. Bywało tak, że do Stanów Zjednoczonych dla Polonii śpiewali wcale nie ci których ta polonia chciała, czy których by ewentualnie polubiła, tylko ci którzy tam po prostu wyjeżdżali bo tak było... Wyjazdy zagraniczne były związane z określonym zarobkiem, wymiernym, przeliczalnym na dewizy. Lat temu piętnaście, jak się zarobiło 100 dolarów to to były wielkie pieniądze, a w tej chwili te zarobki tu i tam są porównywalne, i jeżeli ja mam pojechać za kilkaset dolarów do Stanów Zjednoczonych, i przeżywać stres związany z podróżą lotniczą i dyskomfort wynikający z tego, że tam wcale niekoniecznie ci przychodzą "na mnie" którzy chcą mnie słuchać, tylko przychodzą bo jakiś polski zespół przyjechał, bo jest taki zwyczaj, i którzy jeszcze mają takie przekonanie, że za dwadzieścia dolarów to ja "Szła dzieweczka do laseczka " powinienem im zaśpiewać, albo na przykład jakiemuś jubilatowi siedzącemu na sali "walnąć 100 lat". Ja wolę te pieniądze zarabiać tutaj w Polsce, w warunkach komfortowych - blisko domu, i śpiewać dla tych którzy chcą mnie słuchać. Aspekt krajoznawczy czy turystyczny, wchodzi w rachubę wtedy kiedy jedzie się tam pierwszy raz. A ja w Stanach byłem, w Kanadzie również, Niagarę widziałem, tak że "folderowo" "odklepałem" tę powinność i w tej chwili mnie tam zupełnie nie ciągnie...


PRZY NIEDZIELI ZABAWA


RR: "Pod Budą" to jest jakby jedna strona Twojej działalności, a druga sprawa to twoje piosenki solowe, recitale...

AS: Ja po prostu w którymś momencie działalności Grupy "Pod Budą", zdałem sobie sprawę z pewnej nieuniknionej konsekwencji, jaką jest czas, jaką niesie czas... To znaczy, ja wiem, że żeby być na estradzie, to trzeba mieć: raz - pełną sprawność i kondycję i wydolność - ja zawsze mówiłem, że ja nigdy nie pogodzę się z faktem i wtedy natychmiast zejdę z estrady, jeżeli uświadomię sobie, że dostaję brawo za to potrafię wystać. Ja nie chcę brawa które jest jałmużną za to, że się facetowi udało - że się nie przewrócił i że nie zemdlał. Mnie się los Mieczysława Fogga wcale nie marzy, dlatego ja kiedyś z tej estrady zejdę. Natomiast zdając sobie sprawę, że zespół muzyczny to też jest sprawa ulotna, że to się kiedyś musi skończyć, pomyślałem, że jeszcze bardziej usprawiedliwione i sensowne będzie, jeżeli ja na tej estradzie zostanę może trochę dłużej, jako śpiewający autor. A że jestem autorem tych piosenek w całości, to znaczy i słów i melodii, no to postanowiłem zacząć taką działalność, i rzeczywiście ona trwa od paru lat. To są spotkania autorskie, które mają taki bardziej intymny kontakt z publicznością, one są mniej estradowe. Ja więcej troszeczkę z ludźmi rozmawiam, opowiadam im wiele rzeczy, to nie jest tak do końca recital piosenki sensu stricte, to jest bardziej może takie spotkanie autorskie. Ja bardzo lubię tę formę działalności, ona jest takim troszeczkę antidotum na to co się dzieje z "Budą", bo koncerty "Budy" to jest po prostu działalność estradowa, to jest półtora godzinny koncert, w czasie którego ja jestem na estradzie od początku do końca, zapowiadam, gram, jeżeli nie śpiewam to akompaniuję koleżance która śpiewa - jestem cały czas bez chwili wytchnienia. A ten wieczór autorski to też oczywiście nie ma dla mnie możliwości zejścia z tej estrady i napicia się czegoś, ale on toleruje już na przykład to, że mam koło siebie herbatę...

RR: Bardziej swobodne zachowanie i chwila na oddech...

AS: Właśnie... i to na przykład, że ja w pewnym momencie, jak nie mam ochoty śpiewać, to opowiem im jakąś anegdotę... bo to jest inna formuła, i mnie to bardzo - jako, że jestem dość gadatliwym człowiekiem - odpowiada...


PASJANS 1990


Piszesz słowa nie tylko do swoich piosenek. Twoje teksty wykonują także inni polscy piosenkarze. Czy w tym momencie kierujesz się względami tylko merkantylnymi, czy też robisz to z przyjaźni, czy też z potrzeby serca?

Oprócz kilku incydentów jak tekst który mi się zdążył w przypadku Krysi Prońko, Zbyszka Wodeckiego, Gajgi, czy Ali Majewskiej której ostatnio napisałem jakiś tekst, to w zasadzie tak na stałe współpracuję tylko z jedną wykonawczynią - to jest Maryla Rodowicz. To nie jest kwestia merkantylna, te piosenki gdybym ja je śpiewał, to by tak samo zarabiały na siebie, uzyskując tantiemy autorskie...

RR: To znaczy odpowiada Ci osoba Maryli Rodowicz...

AS: To znaczy ja od lat Ją podziwiam, uważam, że jest to osoba która od początku do końca wie co ma ze sobą na estradzie zrobić, jest niezmienna i jest zawsze sobą, poza tym Ona mi jedną rzecz gwarantuje - i to jest komfort współpracy wielki - , że jeżeli ja tę piosenkę, w postaci najprostszego demo, nagranego w domu przy gitarze, wyślę do Warszawy, a potem bez żadnych konsultacji z Nią usłyszę ją nagraną już przez Marylę z jej zespołem, to ja wysłucham tej piosenki, i mogę tylko kiwnąć głową, że jest w porządku. Ja nie muszę konsultować z nią, sugerować sposobu wykonania, po prostu pracujemy jakby na podobnej fali, rozumiemy się, i ona bierze i nagrywa to tak, jakbym ja sobie to wyobraził, i potrafi jeszcze piosenkę wylansować, bo ona dba o piosenki do których ma sentyment i które nam się wspólnie udały. Piszę dla niej, ale muszę się przyznać, że ją trochę zaniedbuję, bo ostatnio jakoś nie miałem czasu, ale obiecuję poprawę, że coś kolejnego jej tam napiszę... A poza tym, przynosi to efekt, bo jeżeli piosenka w jej wykonaniu a mojego autorstwa, zostaje piosenką roku, to jest przyjemnie...


ALE TO JUŻ BYŁO


Mieszkasz w Krakowie, jesteś z tym miastem związany pod każdym względem, jesteś na stałe wpisany w krajobraz kulturalny Krakowa. Pomówmy chwilę o tym jaki jest Kraków. Czy coś się zmieniło przez te 20, 30 lat? Czy jest lepiej, czy gorzej?

Wiesz, jak się jest tam cały czas na miejscu, to nie ma się dystansu... Kraków jest takim specyficznym miejscem, że jak ludzie przyjeżdżają nawet po dziesięciu latach, i idą w kilka miejsc typu Rynek Główny, jakaś kawiarenka koło Rynku, to mówią, że się nic nie zmieniło. Ci sami ludzie tam siedzą i jest tak, jakby się czas zatrzymał. Kraków jest takim magicznym miejscem. Czy ta mapa kulturalna Krakowa się zmienia? Trudno mi powiedzieć... Oczywiście, że przybywają młodzi ludzie - nowe nazwiska - bo to jest zupełnie zrozumiałe...

RR: A czy masz tam jakieś swoje miejsce, gdzie wiesz, że kiedy przyjdziesz, to tam zawsze czekają na ciebie, tam możesz wystąpić...

AS: Kraków je w ogóle jednym takim miejscem, gdzie ja wszędzie wchodzę i jestem u siebie w domu. To nie znaczy, że koniecznie tam na mnie czekają... Jeżeli chodzi o miejsce fizyczne, to w tej chwili przy ulicy Grodzkiej 42 znajduje się "Fisher Pub", to jest taki bardzo niewielki piwny pub, który jest takim moim miejscem, bo ja tam w dowolnym terminie - ponieważ ten termin czasami wynika z tego, że ja akurat jestem w Krakowie, pojawiam się z gitarą, i tam ludzie przychodzą w jakimś sensie "na mnie". Odbywają się takie spotkania wieczorne przy piwie, które ja sam wtedy też piję, i przy gitarze śpiewam swoje piosenki, ale nie tylko swoje, także różne zasłyszane, również grecki piosenki, i oni się tam rewelacyjnie bawią. To jest takie moje miejsce. To się nie nazywa "Lokal Andrzeja Sikorowskiego" tylko "Fisher Pub", ale to jest moje miejsce rzeczywiście. Natomiast takich miejsc o których wspomniałaś, takich jak "Piwnica pod baranami" która jest takim nieśmiertelnym miejscem i kilka miejsc takich w centrum miasta, w Rynku samym, no to są moje miejsca... Ja mam czelność twierdzić, że to jest moje miasto, ja w Krakowie czuję się gospodarzem po prostu i jak tam przyjeżdżają ludzie, i chcą żebym na przykład ich oprowadził, to ja to potrafię zrobić i pokazać im miejsc takie, których by normalnie nie zobaczyli, albo w których by się tak dobrze nie czuli, jak wtedy kiedy tam są ze mną. Ale to wynika z tego, że ja tam już 45 lat...


MGLISTA PIOSENKA O MOIM KRAKOWIE


RR: "Nie przenoście nam stolicy do Krakowa" . Ta piosenka narobił sporo zamieszania na antenie Programu I Polskiego Radia w plebiscycie...

AS: Nie wiem czy narobiła zamieszania... Chciałem podziękować Rzeszowowi, że dołączył swój głos na tę piosenkę...

RR: Ale były komentarze na antenie, z wielu rozgłośni... Po prostu ta piosenka sprowokowała wielu ludzi do tego, aby docinać sobie, padały uwagi...

AS: Myśmy tę piosenkę zaśpiewali z Turnauem, ja ją kiedyś tam napisałem przy okazji swojego benefisu w Teatrze STU. Chodziło o stworzenie duetu z Grzesiem Turnauem, bo kiedyś tak obiecywaliśmy sobie, że zaśpiewamy coś razem. Przypadkowo, ja napisałem akurat tę piosenkę...

RR: Czyli to nie była prowokacja...

AS: Nie... Oczywiście, że tu zadziałał prosty mechanizm, że Grzesiek jest rodowitym i ja rodowitym Krakowianinem, natomiast ja w tej piosence - chciałbym być dobrze zrozumianym - występuję przeciwko pewnemu mechanizmowi warszawskiemu, natury administracyjnej, a nie przeciw ludziom, bo ja w Warszawie mam mnóstwo przyjaciół i ta piosnka nie jest wymierzona przeciwko nim - to od razu chciałbym zastrzec. Natomiast mi się wydaje, że to jest w ogóle jakiś taki mankament polskiej piosenki - i to nie tylko tej lansowanej przez Program I PR - ,że pop music polskie w ogóle cierpi na totalne des une teresmoux wobec tekstów które prezentuje. To znaczy śpiewa się byle co, i kiedy pojawi się piosenka w której postawiony jest jakiś problem, to się nagle okazuje, że ona wywołuje jakieś straszne emocje, a ona jest po prostu tylko jedną z piosenek o czymś, na jakiś temat. Ja nie lubię śpiewać piosenek o kwiatkach, stokrotkach bo jak miałem lat 19 to takie piosenki śpiewałem, że mi się nie udała prywatka, czy coś tam... Człowiek czterdziestoletni, powinien formułować jednak swoje sądy - no nie wiem - w jakiś sposób widzenia świata i ja ten świat akurat tak widzę, w innej piosence będę go oglądał z innej strony, i powiem szczerze, że jak słyszę, że ktoś śpiewa, że nikt nie może całkiem wolnym być, lecz niełatwy jest każdy nowy dzień, jak ja słyszę takie "ble, ble" śpiewane przez szesnastolatkę, to mnie to zupełnie nie denerwuje i uważam, że ona ma prawo do takiego widzenia świata. Natomiast kiedy to śpiewa pięćdziesięcioletni facet, to albo próbuje się krygować i adresować to właśnie do publiczności która nie jest jego publicznością, że kokietuje, albo jeżeli uważa, że treści które wyśpiewuje są poważne, są jego prywatne, no to znaczy że jest cymbałem po prostu i ja nie mam innego zdania. Natomiast wracając jeszcze do tego "Nie przenoście nam stolicy do Krakowa", to jest przecież troszeczkę przymróżone oko i jest to rodzaj żartu, i wszyscy którzy mają poczucie humoru...

RR: Ale wychwalacie tam przecież Kraków bardzo, no i słusznie zresztą.. Patriotyzm lokalny daje znać o sobie...

AS: Oczywiście, a poza tym ludzie przyjeżdżają do Krakowa i mówią bardzo często, że mamy rację. Jest to miejsce jedyne w swoim rodzaju i ja ponoszę konsekwencje życia w tym mieście i ja zdaję sobie sprawę, że połowa moich znajomych cierpi na alergie wywołane powietrzem krakowskim i ktoś powiedział nawet - co brzmi strasznie i okrutnie - , że żyjąc w Krakowie, wszyscy pracujemy na raka, tylko nie wiemy czy wcześniej czy później go będziemy mieli, więc płaci się jakąś cenę za byciu w tym miejscu czarownym, ale ja po prostu tam chcę być i koniec.


NIE PRZENOŚCIE NAM STOLICY DO KRAKOWA


RR: Jak Ty ze swoją rodziną spędzasz Święta Wielkiej Nocy, bo - trzeba tu powiedzieć - spotykają się tutaj dwie kultury: polska i grecka.

AS: Powiem Ci, że u nas Święta i jedne i drugie mają taki wielki ciężar gatunkowy, bo dla Polaków bardziej - że tak powiem - naznaczone emocją są Święta Bożego Narodzenia niewątpliwie, i z tego względu my je bardzo pieczołowicie obchodzimy i bardzo rodzinnie, nie zdążało się, żebyśmy na Święta wyjeżdżali z domu... Natomiast Grecy świętują bardzo Święta Wielkiej Nocy, czyli tak zwaną Paschę. To jest u nich szaleństwo zupełne. Wprawdzie ze względu na to, że inny katolicyzm jest w Grecji a inny w Polsce - bo tam to jest Kościół Grecko - Katolicki, a u nas Rzymsko - Katolicki - w związku z czym te Święta greckie są przesunięte w kalendarzu troszkę, na nieco późniejszy okres. Moja żona, żeby stworzyć sobie namiastkę tych Świąt, takich rodzinnych, z dużą pieczołowitością podchodzi do Świąt Wielkanocnych, no i my tę Paschę Polsko-Grecką też obchodzimy jak się tylko da. Jest w Grecji niezwykły kult jedzenia, a u nas z resztą też... Tyle tylko, że w Grecji jest obowiązkowe jagnię, a u nas jajko...

RR: Jak to godzicie?

AS: Staramy się robić jedno i drugie. Na przykład moja żona przeszczepiła na nasz grunt stukanie się jajkami na twardo, i jak jest dużo ludzi, to jest zabawa. Każdy bierze jajo do ręki, i stukają się na przemian oboma czubkami tego jajka. Chodzi o to, żeby została osoba, u której choć jeden z tych czubków zostanie nienaruszony, niepęknięty...

RR: Co to oznacza?

AS: Taka osoba zostaje zwycięzcą tej konkurencji i to oznacza, że ta osoba będzie miała szczęście przez najbliższy rok. W każdym razie ja ogólnie lubię świętować, ponieważ ja bardzo lubię jak przychodzą do nas ludzie i jak jest stół zastawiony, lubię za tym stołem siedzieć, lubię w ogóle atmosferę biesiady, takiego spotkania towarzyskiego, lubię jak się ludzie bawią, żartują, jak rozmawiają...

RR: A czy w Twoim domu jest zwyczaj kraszenia pisanek?

AS: Tak, oczywiście... To znaczy to się robi tak: My nie robimy pisanek ani kraszanek. One są gotowane w przeróżnych wywarach - chodzi o uzyskanie różnych kolorów. Na przykład cebula daje taki złoto - brązowy, a gotowanie w szafranie daje taki żółty z kolei... Wiem, że żona i córka mają parę takich "patentów" żeby te jajka były różnokolorowe. Potem się je oliwką naciera, żeby błyszczały ładnie, układa się je w przemyślne stosy, żeby to ładnie wyglądało, wszystko jakąś zieleniną obkłąda... Oczywiście, że córa lubi na przykład cienką igłą na tej kraszance coś wyrysować, czy flamastrem coś tam wypisać... Obowiązkowo oczywiście chodzimy w drugi dzień Świąt na Odpust który się odbywa w Krakowie - nazywa się Emaus na Salwatorze - to jest taka dzielnica Krakowa. Emaus jest związany z wjazdem Chrystusa do tego miasteczka. To jest odpust, który jest mocno polewany, bo to jest drugi dzień Świąt, czyli lany poniedziałek. W tej chwili już, chodzenie z moją córką nastręcza pewnych trudności, bo dopóki był to siedmio, ośmioletnia dziewczynka to po prostu nie budziła zainteresowania wyrostków, a w tej chwili jest już czternastoletnią panną, wyrośniętą i ja po prostu muszę sporo się napocić, żeby ona nie wróciła z zapaleniem płuc do domu, a ja przy okazji.
Żona piecze takie przeróżne greckie ciasteczka, to nie są wypieki takie jak my robimy. Nie są to placki ani kołacze, od tego jest jakby moja mama. Żona piecze na przykład kouram - biedes to są takie okrągłe ciasteczka kruche, w których są całe orzechy i migdały, one są robiona na tłuszczu, posypane całe cukrem pudrem z wierzchu i ja nazywam te kouram - biedes bombą energetyczną, bo takie jedno ciasteczko to jest po prostu zapotrzebowanie na kalorie na cały dzień. Jeżeli ktoś na przykład się odchudza, to mógłby zjeść tylko jedno takie ciastko i przetrzymać parę dni...

RR: A jeżeli chodzi o literaturę, czy w tym czasie sięgasz jakoś szczególnie do swoich ulubionych tekstów? Czy masz czas na rozmyślanie...

AS: Ja muszę się przyznać, że ja jestem człowiekiem nastawionym bardzo konsumpcyjnie do życia i mimo, że piszę piosenki refleksyjne i z jakąś taką nutą romantyzmu, to przyznaję się bez bicia: Jakby ktoś próbował we mnie znaleźć nawiedzonego intelektualistę, który się zamyka w swojej bibliotece czy czytelni, i zajmuje się studiowaniem filozofów, to srodze by się zawiódł, bo ja uwielbiam chodzić na najmniej, że tak powiem cenione filmy do kina. Bardzo lubię filmy policyjne, gangsterskie, lubię oglądać karate, lubię jak sobie faceci wyrywają wątroby - co jest uważane za skłonności co najmniej podejrzane intelektualnie prawda?

RR: Może się świetnie bawisz albo relaksujesz... Może po prostu tęsknisz do takich mocnych facetów, "twardzieli"...

AS: Ja sądzę, że wszyscy mężczyźni są gdzieś wewnątrz takimi twardzielami, albo drzemie w nich tęsknota za takim "twardzielem" i jeżeli mówią, że lubią oglądać tylko Kieślowskiego, to po prostu kłamią w żywe oczy i ja takim facetom nie wierzę. Ja na przykład nie znoszę oglądać Kieślowskiego, bo mnie śmiertelnie nuży, a filmy policyjne lubię, bo po po prostu coś się w nich dzieje, i ja oglądam w Święta filmy policyjne, albo coś tam oglądam na satelicie... Uwielbiam oglądać sport, czym też lekko deprymuję moją żonę. Ona nie może zrozumieć, że można oglądać przez cały dzień sport, a ja mogę oglądać cały dzień sport... No i lubię siedzieć z moimi kolegami, na przykład w piwiarni, lubię grać w bilard, lubię grać w tenisa, pływać... Jeżeli ktoś czeka, że moja odpowiedź będzie brzmiała, że ostatnie książki Umberto Eco np. "Wahadło Foucaulta" to jest moja pasja to się srodze zawiedzie, bo ja uważam, że to jest "popelina" ta książka...

RR: A "Imię Róży" ?

AS: To też okropnie nudne...

RR: Dobrze, już Cię przestaję męczyć... Jeszcze tylko jedno pytanie: Czy masz już listę gości na te Święta, czy też goście do Ciebie przychodzą kiedy chcą, jak chcą...

AS: Myśmy z żoną prowadzili zawsze otwarty dom i tak jest do dziś dnia, że na dobrą sprawę on nie wymaga zapowiadania się telefonicznego czy innego... Goście przychodzą i są po prostu. To jest z jednej strony męczące a z drugiej daje mi komfort taki, że jeżeli ja z tymi ludźmi blisko żyję, to ja na podobnej zasadzie ich traktuję i też ich odwiedzam bez specjalnych ceregieli...


DLA MOJEJ PUBLICZNOŚCI NA POŻEGNANIE

1994-04-03 - Polskie Radio Rzeszów - Rozmowa z Andrzejem Sikorowskim

  w górę