Andrzej Sikorowski

Generalnie jestem krytyczny



MARIUSZ HUJDUS: Razem z zespołem "Pod Budą" jest Pan już od 24 lat. "Razem" to także tytuł nowej płyty...

ANDRZEJ SIKOROWSKI: Tak, to właśnie tytuł nowej płyty, zresztą tytułowa piosenka próbuje w jakimś sensie dotyczyć tego, że coś długo trwa, że jakaś grupa ludzi robi ze sobą coś konsekwentnie od wielu lat. Jest to o tyle ciekawe zjawisko o ile można się nim zajmować, że nie jest codzienne, bo zapewne jest niewiele kapel, który potrafiły przez tyle lat przetrwać i nie rozleciały się gdzieś po drodze. Nie jest to też kategoria jubileuszy, bo to nie ma służyć temu, by otrzymywać medale, czy adresy okolicznościowe za to, że się coś bardzo długo robi. My przez 24 lata potrafiliśmy utrzymać jakąś grupę fanów, która jest nami zainteresowana. Ci ludzie przez te lata kupują nasze wydawnictwa. Wszystko to trzyma się na pewnym ustabilizowanym poziomie i można to uznać za pewną ciekawostkę w naszym rodzinnym show biznesie. Jeżeli zaś chodzi o nową płytę - to można na niej znaleźć 13 nowych piosenek, które są utrzymane w stylistyce zbliżonej do poprzednich płyt "Pod Budą". Tutaj nie odbywa się żadna rewolucja stylistyczna i trudno mi tę płytę reklamować, jako jakiś szok dla ludzi, którzy nas znają. Oczywiście my cały czas próbujemy stosować w aranżacji czy instrumentacji takie zabiegi, które te płytę czynią bardziej atrakcyjną - pojawia się np. sekcja dęta, pojawia się gitara steel. Natomiast cały czas jest to muzyka pop, dobarwiana nieco, po prostu nasza muzyka. Ja mam nadzieję, że ludzie będą wiedzieli, że to gra i to śpiewa "Pod Budą". Jeśli chodzi o teksty to są tak samo jednorodne, bo cały czas pisze je jedna i ta sama osoba. Cały czas opowiadają one o naszej rzeczywistości, o tym co się dzieje za naszym oknem. Tak też jest również na nowej płycie. Płyta jest dość urozmaicona, dobrze się jej słucha - to oczywiście dość niezręczne stwierdzenie ze strony osoby, tak bardzo zaangażowanej w produkcję tej płyty, jak ja. Ale mam nadzieję, że ci ludzie, którzy na nią czekają. A ci fani, którzy są z nami od lat - oni czekają na każdą płytę nie będą zawiedzeni i z przyjemnością jej posłuchają i mam nadzieję, że powiedzą, iż jesteśmy jeśli nie im starsi tym lepsi, to przynajmniej im starsi nie gorsi.

Irena Santor, Ryszard Rynkowski, Grzegorz Turnau, Jorgos Skolias, Andrzej Zaucha, Maryla Rodowicz, Jacek Wójcicki to osoby, z którymi zdarzyło się Panu zaśpiewać duety. Co daje Panu taka forma śpiewania i czy na nowej płycie usłyszymy jakiś kolejny znany głos?

Śpiewanie duetów z innymi wykonawcami daje mi zwykłą przyjemność. To jest próba zmierzenia się z inną materią niż ta, z którą człowiek na co dzień się styka. Przeważnie są to ludzie bliscy, z którymi jestem zaprzyjaźniony albo z którymi dobrze się znam. Z Rynkowskim był to pretekst do napisania wspólnie piosenki, z Turnauem, żeby zaśpiewało dwóch ludzi z tego samego środowiska, Maryla Rodowicz to dla mnie sprawdzian, jako dla autora, który musiał napisać repertuar dla innej osoby - obdarzonej innymi warunkami. Ja odnoszę wrażenie, że to jest pewnego rodzaju przygoda. Ja nie związałem się z żadną z tych osób na dobre, w tym sensie, że nie nagrałem np. płyty okolicznościowej lub czegoś podobnego. To wszystko były incydenty. Natomiast na nowej płycie - pojawia się moja córka śpiewająca solo albo z naszą solistką. Nie pojawia się natomiast nikt z tzw. Tuzów estrady. Może zabrakło mi w tym przypadku pomysłu na taką osobę.

Nie da się ukryć, Pańskie pasje to piękne kobiety i dobre trunki...

Czy moją pasją są piękne kobiety? 25 lat po ślubie to przychodzi człowiekowi przyglądać im się, często z zainteresowaniem, ale trudno jest się rzucać w wir flirtów, romansów, itd. Natomiast jeśli chodzi o dobre trunki, to ja nie jestem specjalnie wybredny. Ja lubię życie biesiadne - lubię ze znajomymi jeść i pić. Natomiast jeśli to następuje, to powiem szczerze ja nie jestem jakimś koneserem trunków - nie jestem znawcą wina, czy piwoszem. Ograniczam się raczej do czystego alkoholu, bo jak mówię alkohol ma dla mnie funkcję towarzyską. On mi pozwala się bardziej otworzyć, trochę luźniej spędzać czas.

Dr hab. Wojciech Ligęza z Uniwersytetu Jagiellońskiego powiedział o Pańskiej twórczości, że nie jest ona jeszcze poezją, gdyż Sikorowski za bardzo upraszcza sobie formę poetycką. Jak pan odbiera taką ocenę?

Przede wszystkim strasznie trudno dyskutować, czy coś jest poezją, czy nią nie jest. Jeśli przyjmiemy bowiem takie kryterium, że coś jest do rymu, coś jest zwersyfikowane i ma jakieś metrum to jest poezja. Natomiast jeżeli ten pan chciałby bardziej skomplikowanych metafor, albo jeśli chciałby radykalnych rozstrzygnięć lub tego, bym penetrował zagadnienia ambitniejsze niż np. rodzinne podwórko, to być może oczywiście uzna, że to moje pisanie jest zbyt proste, czy zbyt prostackie. Natomiast trzeba pamiętać o jednej rzeczy - ja nigdy nie nazywałem się poeta, piszę teksty piosenek - natomiast jeśli ktoś mi próbował taką łatkę przypinać to jakby na własną odpowiedzialność i jest to na wyrost. Mnie to wcale nie boli, że ktoś mówi, że nie jest to poezją. Natomiast będąc ostatnio w Lublinie spotkałem już drugą niewiastę, która pisze pracę magisterską o tych piosenkach. Widać coś tam dostrzegły...

Nie ukrywa Pan, iż jest prawdziwym molem książkowym. Ile książek potrafi Pan przeczytać w ciągu dnia, miesiąca, roku?

To zależy od tego, jak mam wiele czasu i od tego, jak ciekawe są to pozycje. Zdarza się, że jeżeli książka mnie zafascynuje potrafię siedzieć tak długo aż ją skończę. Zajmuje mi to kilka lub kilkanaście godzin. Są jednak książki, które mi się tak podobają, że je sobie dawkuje. Tak jak łasuchy dawkują sobie czekoladę, żeby się szybciej nie skończyła. Teraz właśnie czytam duży wywiad Fijałkowskiego z Lemem i ze względu na to, co mówi Lem i że ja się zupełnie identyfikuje z jego opiniami - czytam tę książkę powoli, bo ona po prostu sprawia mi radość. Dawkuję ją sobie po rozdziale. Przeczytałem rzeczywiście bardzo dużo książek, ale sądzę, że jest to nawyk wyniesiony jeszcze z dzieciństwa. To jest generalnie nawyk ludzi z mojego pokolenia, moich rówieśników, którzy czytali nie mając jak gdyby żadnego substytutu książki. Nie było wtedy prawie telewizji, radio z jakimiś dwoma programami, nie było wideo, komputerów, itd. Myśmy spędzali czas albo grając w piłkę albo czytając książki.

Niedawno w pańskim domu pojawił się komputer. Z początku nie ukrywał Pan lęku przed tym urządzeniem...

Może to nawet nie jest kwestia lęku. To natomiast zupełny brak zainteresowania. Świadomość, że to jest coś co ułatwia życie idzie w tym wypadku w parze z blokadą, która nie pozwala mi się przełamać, usiąść i zacząć to rozgryzać. Podobno nie jest to specjalnie trudne, ale trzeba np. wziąć jakąś książeczkę, instrukcję i zacząć punkt po punkcie ją studiować, by opanować jakieś podstawy. Nie mówię oczywiście o jakimś pisaniu programów, bo to jest poza moim zasięgiem. Ja niestety nie potrafię się przedrzeć przez tę instrukcję. Być może dlatego, że szczerze powiedziawszy nie jest mi to niezbędne. Jeszcze cały czas felietony, które piszę chcą ode mnie przyjmować przez telefon. Jestem ogromnie wdzięczny za to paniom maszynistkom. Na dobrą sprawę ten komputer służy mi po to by ułożyć pasjansa.

Wracając na moment do kwestii literatury - jakie skojarzenia nasuwają się Panu, gdy słyszy nazwisko Gabriela Zapolska?

W tej chwili - rzewne. Rzewne, dlatego, że ja z rozrzewnieniem wspominam przeszłość. Przypomina mi się profesor, z którym miałem seminarium na V roku, nieżyjący już świetny facet Tomasz Weiss. Przypominam sobie moment, kiedy miałem pisać pracę magisterską na temat nowelistyki Gabrieli Zapolskiej i chwilę, kiedy z tego zrezygnowałem. Chodziło naprawdę o to, że oprócz niechęci do przeczytania sporej ilości tych nowel - to ja sądzę, że tu już tak daleko zapędziłem się z gitarą i już miałem tak wiele planów, a może po prostu zadziałało lenistwo - zacząłem upatrywać swoją przyszłość w graniu na gitarze i śpiewaniu piosenek - nagle uznałem, że ta praca magisterska nie jest mi do niczego potrzebna, bo ja i tak nie pójdę do szkoły i nie będę musiał nigdzie zaświadczać się dyplomem ukończenia filologii polskiej, aby dalej bytować.

Stwierdził Pan, że nie sprawdził się w roli dziennikarza pracującego w dziale miejskim "Gazety Krakowskiej". Tymczasem podejmuje Pan próby dziennikarskie wcześniej w "Supertempie", obecnie w "Dzienniku Polskim"....

Teraz podejmuje jednak próby felietonowe, a one narzucają inny reżym i zupełnie innych umiejętności wymagają. Praca w dziale miejskim każdej gazety, czyli reporterska wymaga szybkiego podawania informacji, stałego przemieszczania się, podawania informacji bardzo często zupełnie nieinteresujących. Jest to rodzaj takiego terminu dziennikarskiego, czyli tak, jak dawniej terminatorzy szewscy latali po gwoździe, tak ci terminatorzy w działach miejskich spełniają niejako rolę mięsa armatniego, czyli oni muszą robić rzeczy, które ich zupełnie nie interesują, ale muszą je robić, bo to jest etap przez który się musi przejść. Mnie to nie interesowało. Kiedy zaś miałem okazję rozpoczęcia prób felietonowych, bo wówczas to już mnie chciano, robię to z prawdziwą przyjemnością, bo mam taką swoją maleńką trybunkę, swoje forum, na którym mogę wygłosić własne sądy i to jest bardzo miłe.

Napisał Pan kiedyś "Oni z gębą roześmianą, chociaż z butów sterczy siano" - charakteryzując w ten sposób polskie społeczeństwo. Skąd bierze się taka doza krytycyzmu wobec rodaków?

To jest dawka krytycyzmu, również wobec mnie samego. Ja wcale nie uważam, że jestem innym Polakiem. Ja może trochę inaczej myślę, ja może wyrosłem trochę z innego domu, innej tradycji. Generalnie - jestem krytycznie nastawiony do polskiego społeczeństwa, gdyż ja uważam, że nie jesteśmy Chrystusem Narodów za jakiego się bardzo często uważamy, zasłaniając się romantycznym dramatem. Jesteśmy natomiast dość obrzydliwym, mało tolerancyjnym i zapyziałym narodkiem, który potrafi budzić się do wielkich zrywów. Natomiast w swojej masie bardzo niechętnie realizuje jakikolwiek wytyczony plan, bardzo niechętnie zabiera się do ciężkiej pracy. To moje krytyczne spojrzenie podziela cały tłum moich znajomych - wystarczy popatrzyć na to, co się dzieje wokół nas, by stwierdzić, że jesteśmy dość ponurym narodem.

Pańskie dwie ojczyzny to Polska i rodzinny kraj żony - Grecja. Co urzekło Pana w Helladzie?

Ja sądzę, że tam urzeka wszystko. Ludzi, którzy mieszkają w środkowej i północnej Europie podlegają fascynacji światłem; ciepłem; krystalicznym i bardzo ciepłym morzem; dużą ilością owoców; pewną radością, która tam wisi w powietrzu; pewną spontanicznością mieszkańców choć to w zasadzie dotyczy wszystkich mieszkańców basenu Morza Śródziemnego. Tam są ludzie, którzy zdają się mieć nerwy na wierzchu i z nimi się bardzo dobrze obcuje. Moje wrażenia na temat Grecji nie są jednak kompletne. One dotyczą tego miłego aspektu bycia w Grecji, czyli spędzania wakacji. Ja nigdy nie musiałem podjąć trudu utrzymania rodziny w Grecji, czy też zmierzenia się z tamtejszą obyczajowością - bardzo zresztą konkretną i często przykrą. Grecja ma właśnie taki posmak wakacyjny i dlatego jest piękna. Nie wiem, jak bym się do niej zapatrywał gdybym musiał tam zacząć walczyć o byt, mieszkać, być na stałe.

Pańskie dwa miasta to z kolei Kraków i Zakopane...

Kraków ze względu na to, że się tam urodziłem i do dziś tam mieszkam, choć aktualnie w podkrakowskiej Rząsce. Jest to jednak miasto magiczne. Może bierze się to stąd, że przez te lata, a żyje już od 52 lat to wszystko się nawarstwiało - ja tak dużo ludzi znam w Krakowie, którzy pełnią różne funkcje, często są to moi koledzy szkolni z podstawówki, liceum czy studiów. Ten Kraków jest dość hermetyczny, ludziom z zewnątrz jest do niego trudno wniknąć, to właśnie powoduje pewną atmosferę. Ma swój specyficzny urok, nawet z tą swoją prowincjonalnością, z tym swoim zwolnionym rytmem - bo w Krakowie rzeczywiście żyje się jakby wolniej i to jest takie moje miasto. Z kolei Zakopane to jest ten aspekt, że ja tam jeździłem od dziecka, co jest o tyle dziwne, że nie jeżdżę np. na nartach, co podobno powinno się robić w Zakopanem. Natomiast mam tam dużo znajomych. Znalazłem tam metę w postaci niewielkiego mieszkania - traktuję to jako możliwość oderwania się od tego wszystkiego, co jest codzienne. Jeśli nawet za tę codzienność uznam sprawę koncertów, kariery estradowej, od spraw zawodowych i od spraw prywatnych - od mojego domu, od moich kobiet i od studiów córki i wielu innych problemów. Potrafię się od tego wszystkiego oderwać, kiedy biorę psa do samochodu i wyjeżdżam do Zakopanego, gdzie kilka dni pozwala na naładowanie akumulatorów poprzez zwyczajne kontakty z ludźmi, z którymi nie łączy mnie żadna zależność zawodowa, ani nic innego, oprócz tego, że mamy ochotę posiedzieć w jakiejś knajpie i pogadać o przysłowiowej... Marynie.

Pańską wielką pasją jest sport, a w szczególności piłka nożna...

Teraz nie ma specjalnie warunków, bo to trzeba by było chodzić do jakiejś sali, w lecie jest trochę lepiej, ale nie ma już tylu rówieśników, z którymi można byłoby polatać za tą piłką. Ja jeżeli mogę to biorę rakietę tenisową i staram się odbijać piłkę. O graniu w wieku 52 lat to może mówić McEnroe. Ja usiłuje przebić tę piłeczkę na drugą stronę. Gdy mam chwilę czasu, to zakładam jakieś łyżworolki, gdy jestem w Grecji to dużo czasu spędzam w wodzie, bo to ciepłe może legitymuje człowieka, by siedział w wodzie nawet kilka godzin. W pewnym wymiarze sportem stały się dla mnie spacery z psem, bo wówczas mam okazję trochę pochodzić, trochę pobiegać, a więc okazję do odrobiny ruchu, który jest człowiekowi niezbędny.

W jednym z wywiadów powiedział Pan, że piraci fonograficzni nie są w zasadzie zagrożeniem dla Pod Budą, bo ich nie interesuje sprzedaż nagrań z nurtu piosenki poetyckiej...

Rynek jest taki sam dla nas, jak i dla piratów. Oni kopiują to co się aktualnie najlepiej sprzedaje. A ja nie podejrzewam, że "Buda" to jest to co się rozchodzi w setkach tysięcy egzemplarzy, co oczywiście nie oznacza, że oni w ogóle nas nie kopiują. Oni są na pewno znacznie większym zagrożeniem dla Brathanków, czy Golec uOrkiestra, bo to są kapele, które w tej chwili przeżywają absolutny szczyt popularności. Rynek jest więc w stanie wchłonąć więcej ich nagrań niż "Pod Budą". Piraci szkodzą jednak wszystkim i z tym problemem nie uporamy się, dopóki nie będzie porządnie skonstruowana litera prawa - ale skoro w tej chwili facet włamuje się do domu, a na drugi dzień go puszczają, bo uważają, że szkodliwość czynu jest znikoma - to tym bardziej nic nie grozi piratom. My będziemy mogli jedynie ponarzekać, inna kwestia, że to co się dzieje na rynku fonograficznym to kropla w morzu na porównaniu z tym, co dzieje się na rynku mediów.

Pod Budą nigdy nie było pupilem mediów, a od 24 lat wciąż znajduje nowych sympatyków. Jaka jest tajemnica tego zespołu?

Może właśnie dlatego. Pupile mediów po pewnym czasie stają się niestrawni dla widzów, jeżeli się kogoś ogląda bez przerwy to nie można robić tego przez wiele sezonów, chyba, że jest obdarzony tak nadzwyczajnym talentem, że wciąż się będzie zmieniał, bo inaczej musi się znudzić. Więc może ten brak zainteresowania mediów nam pomaga. Myślę, że ludzie, którzy są z nami to nie jest publiczność chwilowa. Nasza publiczność składa się ze średniej klasy inteligenckiej. To są ludzie, którzy poczekają na kolejną płytę, wyszukają w jakiejś gazecie jakiś nasz kolejny koncert, żeby się z nami spotkać. Natomiast oni nie są w stanie zapominać i zastępować nas, jakimś innym sezonowym idolem. Nasze wielkie szczęście polega na tym, że ta publiczność to nie są ludzie, którzy kochają jednego dnia, a za trzy tygodnie wyrzuca z pamięci, bo na to miejsce ma nowego, fantastycznego, fikającego nogami. My nie napełniamy z tego powodu sal sportowych, czy stadionów - ale mamy publiczność na ustabilizowanym poziomie i możemy się spodziewać, że gdy przyjeżdżamy raz w roku do jakiegoś większego miasta to ta sala wielkości 600 osób, będzie napełniona. To jest nasza siła, dlatego, że od pewnego czasu obywamy się niemal bez pomocy mediów. Teraz należałoby sobie zadać również pytanie - czy nie stworzy się w Polsce takiego rodzaju drugiego obiegu, który będzie polegał na tym, że ludzie wiedząc o tym, że jest "Pod Budą" będzie nas szukało na własną rękę, tak jak dawniej szukało się wydawnictw nieoficjalnych, których nie było w księgarniach - a jednak się do nich docierało.

Powiedział Pan - oceniając aktualnie występujące teksty piosenek - że odbierając je ma wrażenie, jakby słyszał tablice logarytmiczne lub tablicę Mendelejewa, które ktoś do Pana recytuje z ekranu. Czy ta teza jest nadal aktualna?

Zdecydowanie jest aktualna, bo jeżeli telewizja obraziła się na takich ludzi, jak Młynarski, Osiecka. Jeżeli tekściarzem roku ogłasza się kogoś, kto ledwie rymuje to świadczy o tym, że poprzeczka została gdzieś strasznie nisko zawieszona. Tekst przestał w tym momencie pełnić jakąkolwiek funkcję w piosence. Stał się wypełniaczem, chodzi tylko o to, żeby coś się tam zgadzało, że by coś było do rymu. Zresztą, proszę zauważyć, że media zupełnie ignorują autorów piosenek. Zwyczaj mówienia kto napisał piosenkę przestał w ogóle funkcjonować. Nie ma czegoś takiego, nikogo to nie obchodzi. Autorzy piosenek, którzy dawniej byli ludźmi docenianymi, dowartościowanymi - w tej chwili są w ogóle niepotrzebni. W tym momencie muzykę może napisać komputer, a słowa jakiś dyżurny literat radiowy na przykład. Nikogo to nie obchodzi. Teraz wyszedł piękny album pięciopłytowy Kabaretu Starszych Panów, czyli piosenki Przybory, Wasowskiego. Można powiedzieć, że jest to elementarz piosenki, tekściarstwa i arogancja tych naszych dupków od show biznesu jest tak wielka, że on do Fryderyków jest mianowany i tam z kimś w rzędzie. Dla mnie to nietakt, skandal, bo jakże można taki album postawić obok początkującej artystki, która w dowolnej kategorii ledwie raczkuje. Zamiast przyznać jakiegoś honorowego Fryderyka, żeby uznać wielkość tych facetów, którzy przecież przerastają wszystkich o głowę, to oni wchodzą w jakiś ranking z byle kim i to właśnie jest dowód na to, że się zupełnie nie szanuje czegoś takiego, jak tekst w piosence.

Gusta publiczności bywają różne. Dziś szczególna moda jest na folk. Jak Pan odbiera popularność takich zespołów, jak Brathanki, czy Golec uOrkiestra?

Odbieram ze spokojem, bo zdaję sobie sprawę, że jest sporo ludzi, którzy lubią słuchać rzeczy bezproblemowych, wesołych skocznych, ułatwiających zabawę, ułatwiających pójście w tany. Trzeba tu oddać jedną rzecz, to jest wszystko zawodowe granie, to są wszyscy zawodowi muzycy, którzy potrafią sobie z tym doskonale radzić. W tym wypadku merytorycznych zastrzeżeń nie mam żadnych. Moje zastrzeżenia są natomiast tej natury, czy to społeczeństwo już potrzebuje tylko i wyłącznie Golców, Brathanków, Kiepskich, bo w kategoriach artystycznych to są dla mnie Kiepscy. Ja "brathanków" akurat wszystkich znam prywatnie i o każdym z nich mogę powiedzieć, że jest świetnym wymiataczem, fantastycznie gra na instrumencie, ale idę o zakład, że to co oni teraz robią to nie jest muzyka żadnego z nich. Oni to robią dlatego, że jest koniunktura i mogą czerpać kasę. Natomiast grają bzdety i tyle.

Jest Pan również krytykiem aktorów, którzy dają się skusić na występy w serialach telewizyjnych. Jest to o tyle ciekawe, że przeciwstawia się Pan tym samym większości Polaków, która bez śledzenia losów filmowych bohaterów nie potrafi się obyć...

Aktor jest taką osobą troszeczkę do wynajęcia. Skończył szkołę i musi z czegoś żyć, więc przyjmuje każdą rolę. Ja mniej obwiniam aktorów, bardziej obwiniam nasze media, które są tak bardzo zainteresowane komercją i tak daleko są posunięte w tym aby sprzedać towar, że zatraciły po drodze swoją ambicję. Przestało się liczyć, czy coś ma sens - ważne jest, czy oglądalność wynosi 15, 16 czy 20 procent.

Stwierdził Pan kiedyś, że nie będzie się tłukł po Polsce dłużej niż do 2000 roku. Tymczasem ta data minęła, a pańscy fani dalej w dobrej dyspozycji mogą Pana spotkać na koncertach...

Nie tłukę się już tak jak się tłukłem np. w 97. W pewnym sensie tych podróży jest mniej , to jest sprzyjające. Trudno mi było rozstać się z tym w ogóle, bo w styczniu 2001 musiałbym powiedzieć, że rozwiązujemy zespół i przestajemy to robić. W momencie, kiedy tak się nie stało, to zrozumiałe, że jeżeli pada pewna ilość propozycji, które trzeba zrealizować jeśli się z tego żyje. Jest ich mniej, nie wiem czy za sprawą tego, że my nie jesteśmy medialni, czy za sprawą tego, że to społeczeństwo trochę jednak zubożało i problem biletu, który kosztuje 35-40 złotych już się pojawia. Jakby samoistnie los sprokurował sytuację, która nie ukrywam jest mi trochę na rękę. Mam więcej czasu, by posiedzieć w domu, czy pojechać do Zakopanego.

"Łączy nas niechęć do głupawych władców i chęć na piwo w chwile złe" to fragment "Wizytówki" grupy Pod Budą. Tymczasem lider zespołu zaangażował się w kampanię prezydencką Andrzeja Olechowskiego.

Niechęć do głupawych władców, to jedna sprawa. To po prostu niechęć do tych, którzy mówią bzdury. Ja natomiast próbuje w tym tłumie znaleźć ludzi, którzy jednak potrafią mówić sensownie i mają jakiś patent na naszą rzeczywistość Poparłem w kampanii prezydenckiej Olechowskiego - ponieważ uważałem, że on taki patent posiada i moim zdaniem powinien zostać prezydentem. Niestety się nie udało. Teraz Olechowski podjął próbę tworzenia Platformy. Razem z Tuskiem i Płażyńskim, do których też mam raczej ciepły stosunek i poproszony o udzielenie poparcia, tę propozycję przyjąłem. Nie próbowałbym natomiast startować w jakichś wyborach, mieszać się w politykę, bo się po prostu na tym nie znam. Nie można jednak być całkowicie apolitycznym, bo wówczas musiałbym zamknąć się w swoim domu w Rząsce i w ogóle z nikim się nie kontaktować, nie odbierać telefonów.

Czy na kolejną płytę poczekamy następne trzy lata?

Tutaj następuje coś takiego, że ja po napisaniu tekstów na jedną płytę jestem "wypstrykany" i ja raczej przez najbliższy rok nie napiszę żadnego tekstu dla Pod Budą. Kiedy zbierze się odpowiednia ilość materiału będzie można pomyśleć o nowej płycie. Może to będzie akurat za trzy lata, aby zachować pewną regularność, ale może okazać się, że następnej płyty w ogóle nie będzie. Nie mówię jednak, że jest to ostatnia nasza płyta.

Rozmawiał: MARIUSZ HUJDUS

2001-05-26 - Gazeta Wyborcza (Gazeta Bielska) - Generalnie jestem krytyczny

  w górę